Gazeta.pl > Dom > Ładny Dom >  Dom miesiąca

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Modrzewiowa, przedwojenna willa pod Warszawą

tekst Liliana Jampolska zdjęcia Włodzimierz Okoński
2005-03-15, ostatnia aktualizacja 2005-03-11 16:40

Wygląda jak nowa, chociaż ma już ponad siedemdziesiąt lat i zbudowano ją z drewna. Jest dowodem na to, że wysoka jakość materiałów, dobre wykonawstwo, a przede wszystkim troskliwe ręce właścicieli mogą powstrzymać skutki upływającego czasu.

Drewniany modrzewiowy dom otoczony ogrodem utrzymanym w charakterze parku. Kilka lat temu elewację budynku pomalowano na biało, a dach pokryto łupkiem w kolorze grafitu układanym na łatach i kontrłatach przybitych do papy na deskowaniu.
Drewniany modrzewiowy dom otoczony ogrodem utrzymanym w charakterze parku...
ZOBACZ TAKŻE
GALERIE ZDJĘĆ
Przedwojenna willa z mieszkalnym poddaszem jest w rękach jednej rodziny od momentu powstania budynku, czyli od roku 1932. Państwo Alina i Wiesław są trzecimi opiekunami domu zbudowanego z modrzewiowych bali wykończonych elewacją z desek. Jak przystało na dobrych gospodarzy, ciągle coś ulepszają. Krok po kroku przystosowali stary dom do potrzeb XXI wieku, zachowując przy tym wszystkie charakterystyczne cechy przedwojennej architektury. Zmienili poszycie dachu, kolor elewacji, wyremontowali świetnie zachowaną modrzewiową stolarkę drzwiową i okienną, zaadaptowali strych i niewykorzystane dotąd zakamarki na poddaszu mieszkalnym. Snują nawet plany rozbudowy.

Letni, do stałego zamieszkania

Drewniany, częściowo podpiwniczony dom z mieszkalnym poddaszem postawił w latach 1932-35 dziadek pani Aliny, chcąc zapewnić pięcioosobowej rodzinie wygodne miejsce na wakacje. Nie przypuszczał wtedy, że wkrótce dom stanie się jej jedynym schronieniem. Stało się tak po wybuchu

II wojny światowej, kiedy zbombardowano mieszkanie przy ulicy Złotej w Warszawie. Wówczas cała rodzina przeniosła się do "letniaka" na stałe, błogosławiąc cieślę, który kiedyś namówił ją do stworzenia na poddaszu trzech maleńkich pokoików (według pierwotnego projektu poddasze miało być nieużytkowe). Właśnie dzięki tej drobnej korekcie okupację udało się spędzić z dala od warszawskiej wojennej zawieruchy.

Przeprowadzka pod miasto nie wybawiła jednak członków rodziny od dramatycznych przejść. Ich dom na pewien czas wybrał na kwaterę Niemiec, oficer Wehrmachtu. Jak opowiada pani Alina, kiedy było to tylko możliwe, dziadek organizował w swoim domu tajne spotkania i ukrywał na poddaszu radiostację (obecni właściciele znaleźli podczas remontu skrytkę w podłodze). Potem, po Powstaniu Warszawskim, oczywiście już pod nieobecność Niemca, willa stała się schronieniem dla uciekinierów z płonącej Warszawy i żołnierzy AK. Z rodzinnych opowiadań wynika, że nieraz nocowało u nich 50-60 osób, a niektóre zostawały na dłużej. Po wojnie willi dziadków nie ominął kwaterunek. Przy rodzinie zamieszkały dwie obce kobiety, z których jedna wyprowadziła się dopiero w latach sześćdziesiątych. Na szczęście domownicy żyli pod wspólnym dachem w zgodzie, choć na pewno nie było to łatwe - wszyscy korzystali z jednej niedużej kuchni i łazienki!

Właściciele wrośli w tutejszą społeczność, a dziadek został nawet sołtysem. W trudnych powojennych latach pomagał wielu potrzebującym. Była wśród nich pisarka Maria Dąbrowska, która z wdzięczności za przydział opału, a także z sympatii dla rodziny, ofiarowała jej egzemplarz "Nocy i dni", do dziś darzony w domu szczególnym sentymentem.

Każdy remont to radość

Pod koniec lat sześćdziesiątych opiekę nad domem przejął ojciec pani Aliny, który swoją pięcioosobową rodzinę urządził na pięterku (na parterze mieszkali aż do śmierci dziadkowie). To on uwolnił domowników od uciążliwości palenia węglem w piecach kaflowych (każdy ogrzewał tylko dwa pomieszczenia). Dzięki zamontowanym w nich grzałkom elektrycznym zrobiło się wygodnie i nowocześnie. A gdy dorobił się własnego samochodu, w ogrodzie-parku założonym przez rodziców wybudował wolno stojący garaż i komórkę na sprzęt ogrodowy.

Kolejne udogodnienia wprowadziła w 1985 roku jego córka, obecna właścicielka budynku. Od dzieciństwa marzyła o zamieszkaniu w domu przodków. Kiedy okazało się to możliwe, sprzedała mieszkanie w Warszawie i wszystkie pieniądze przeznaczyła na remont willi.

Pracę nad domem rozpoczęła od założenia instalacji centralnego ogrzewania. Piwnicę trzeba było przerobić na kotłownię - przebudować ją i pogłębić, bo do zainstalowania kotła była za niska aż o 50 cm! Prace rozpoczęto od podparcia stropu nad piwnicą drewnianymi stemplami. Potem partiami wybierano grunt i w tym miejscu betonowano fragment podłogi na gruncie. Po ukończeniu tej pracy właściciele podzielili przestrzeń piwnicy na dwa pomieszczenia - kotłownię i spiżarnię.

Do kotłowni trzeba było zrobić normalne wejście z zewnątrz budynku. Dotąd wchodziło się do niej po wąskiej drabinie przez klapę w podłodze kuchni. Można sobie wyobrazić, jak kłopotliwe było wówczas wynoszenie tędy wiader węgla!

Pani Alina powiększyła też kuchnię, rezygnując z wydzielonej i przylegającej do niej spiżarni. Na piętrze wygospodarowała miejsce na wymarzoną łazienkę. Radość z pierwszej kąpieli w nowym przybytku domownicy wspominają do dziś!

Zresztą wszelkie zmiany w domu zawsze przyjmowano z entuzjazmem i radością. Tak było też, gdy w piecach kaflowych pojawiły się grzałki, kiedy założono instalację c.o. i gdy podłączono potem dom do miejskiego gazociągu. Za każdym razem domownicy mieli prawdziwe święto.

Ważnym wydarzeniem było także rozebranie ściany działowej i pieca kaflowego między dawnym pokojem rodziców a jadalnią (przy tych pracach można było podziwiać ściany działowe zbudowane z modrzewiowych bali obitych trzciną i otynkowanych gliną). Dzięki temu zabiegowi przestrzeń pomieszczeń reprezentacyjnych powiększyła się optycznie i choć powierzchnia całego parteru wynosi tylko 90 m2, wydaje się, że dom jest naprawdę przestronny.

Miejsce po piecu i bezpośredni dostęp do komina wykorzystano do budowy tradycyjnego kominka, który stał się ozdobą strefy dziennej. Natomiast stare dwuskrzydłowe drzwi przegradzające kiedyś oba pomieszczenia były tak ładne, że właścicielka zamontowała je między sienią a wewnętrznym holem.

W trakcie tamtego remontu odnowiono także wszystkie drewniane podłogi. Dębowe parkiety na parterze i deski podłogowe na piętrze były w tak dobrym stanie, że wystarczyło je tylko wycyklinować i polakierować.

Czego się nie robi domowi

Od lat dziewięćdziesiątych w opiece i zarządzaniu budynkiem uczestniczy mąż pani Aliny Wiesław. Teraz wspólnie co roku planują nowe prace remontowe.

Niedawno, szukając sposobu na powiększenie pokoju córki gimnazjalistki, pomyśleli o adaptacji strychu mieszczącego się w szczycie dachu. Niestety, aby stał się użytkowy, konieczne było podniesienie dachu aż o 50 cm. Poprosili więc architekta o wykonanie wstępnego projektu rozbudowy. Już cieszyli się na myśl o kolejnych zmianach, kiedy okazało się, że źle wyglądają one na papierze - po przeróbkach bryła domu kompletnie straciłaby proporcje! Domownicy zgodnie uznali, że nie mogą zrobić takiej krzywdy ukochanemu domowi i czym prędzej zrezygnowali z pomysłu powiększania strychu. Rozważali jeszcze wariant z zamianą stryszku na antresolę do spania, ale i ten pomysł spalił na panewce. Schody na górę zajęłyby bowiem połowę dziewięciometrowego pokoju córki, który w ten sposób stałby się zupełnie niefunkcjonalny.

Remont stryszku jednak przeprowadzono. Ocieplono go od wewnątrz wełną mineralną, a wełnę osłonięto folią paroprzepuszczalną i ułożono na tym suchy tynk z płyt gipsowo-kartonowych.

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

Brak komentarzy

Szukaj pracy

praca

Newsletter

Najnowsze wiadomości prześlemy na Twój e-mail. Zobacz przykład